Kosmetyczny hit roku 2016

Początek roku sprzyja podsumowaniom i wpisom poświęconym ulubieńcom ostatnich 12 miesięcy, co mnie bardzo cieszy, gdyż sama niezwykle chętnie czytam takie posty i z zainteresowaniem oglądam Wasze najlepsze z najlepszych. 
Miniony rok obfitował i u mnie w wiele fantastycznych odkryć kosmetycznych. Owszem, zdarzyło się kilka rozczarowań, ale w ostatecznym rozrachunku zdecydowanie więcej jest tych pierwszych :) 
Pomimo całkiem sporej gromadki ulubieńców postanowiłam wybrać tylko jeden jedyny najlepszy hit roku. Wbrew pozorom nie było to wcale trudne zadanie - zdecydowałam się na produkt, który odpowiada mi pod każdym względem. 
Przedstawiam Wam mój hit roku 2016 który z pewnością pozostanie ze mną na długo - 
mineralny podkład matujący marki Annabelle Minerals


Moja przygoda z minerałami zaczęła się nieco ponad rok temu z podkładem marki Lily Lolo, później przerabiałam jeszcze podkład z Bare Minerals. Nie była to miłość od pierwszego zastosowania. Chwilami myślałam, że minerały to jednak nie moja bajka. Kilkakrotnie podchodziłam do podkładu Lily Lolo, który jest dobry, ale jednak nie bez wad. Aż w końcu postanowiłam wypróbować podkład matujący polskiej marki Annabelle Minerals - i to był strzał w dziesiątkę. Fantastyczny produkt do makijażu dla mojej mieszanej cery! 



Za co go tak uwielbiam? 
  • za naturalny, absolutnie mineralny i prosty skład
  •  za to, że nie czuć go na twarzy - skóra wygląda bardzo naturalnie, bez efektu maski
  • za to, że bardzo dobrze działa na skórę - odkąd używam podkładu mineralnego, pryszcz to rzadkość ;)
  • za fantastyczny efekt, za krycie, które można budować od lekkiego do średniego
  • za to, że nie zatyka porów, że nie odznacza się na skórze, nie warzy się, nie zapycha
  • za to, że lekko i naturalnie matuje moją mieszano-tłustą cerę i że nie powoduje świecenia
  • za atrakcyjną cenę i wydajność
  • za bardzo dobry wybór odcieni (posiadam odcienie Golden Fair oraz Golden Fairest, które są dosyć uniwersalne) i rodzajów wykończenia (matujące, kryjące oraz rozświetlające)
  • za filozofię samej marki Annabelle Minerals, za świetną obsługę sklepu internetowego
 Jestem przekonana, że przejście na mineralny podkład to najlepsze, co zrobiłam dla mojej skóry w ostatnich latach :) 

Podkład mineralny Annabelle Minerals jest moim hitem i niezbędnikiem i odkąd go używam, nie interesują mnie żadne inne, a już tym bardziej tradycyjne podkłady :) 
Chciałabym jednak jeszcze pokazać Wam kilka produktów, które również uplasowały się w czołówce ulubieńców minionego roku, które z pewnością pozostaną ze mną na dłużej i które zasłużyły na wyróżnienie. 



Resibo - serum naturalnie wygładzające
Produkt tak często zachwalany, że i ja postanowiłam się przekonać, co jest na rzeczy. 
Od dłuższego czasu poszukiwałam odpowiedniego serum do mojej mieszanej cery. Produkty które testowałam miały albo zbyt tłustą olejową kosnystencję, albo oparte były głównie na alkoholu, czego ze względu na naczynka zazwyczaj unikam. 
Pomimo olejkowej konsystencji postanowiłam wypróbować serum polskiej marki Resibo. I na szczęście nie zawiodłam się. Serum idealnie wchłania się, nie zapycha i nie tworzy tłustej warstewki, nawet na mojej mieszanej cerze z rozszerzonymi porami. Za to wspaniale koi, nawilża, odżywia, sprawia, że cera wygląda świeżo i zdrowo. 
Serum to jest produktem niezwykle uniwersalnym. Przeznaczonym do wszystkich rodzajów skóry, bez specjalnych ograniczeń wiekowych. 
Stosuję ten kosmetyk na wiele sposobów: wzbogacam nim mój krem na dzień bądź na noc poprzez dodanie 1-2 kropli, używam serum samodzielnie zamiast kremu na noc albo pod nocny krem - w zależności od potrzeb skóry.
Piękne opakowanie, niezwykle wygoda pipetka, ogromna wydajność, polska marka, naturalny skład - czego chcieć więcej? Serum marki Resibo z pewnością będzie towarzyszyć mi przez długi czas! 

Naturalny dezodorant Farfalla
Czy można stworzyć całkowicie naturalny dezodorant bez zawartości soli aluminium, bez zapachu i bez alkoholu, który będzie skuteczny? Jak widać można! Bardzo długo szukałam takiego produktu, ale opłaciło się. Rok temu znalazłam w ofercie szwajcarskiej marki Farfalla niezawodny dezodorant ze świetnym składem i od tej pory jest on moim absolutnym numerem jeden. 

Marka Lily Lolo
Niedawno wspominałam Wam, że od jakiegoś czasu staram się szukać dobrych kosmetyków kolorowych w ofercie marek naturalnych. I tutaj na ogromne wyróżnienie zasługuje marka Lily Lolo. O ile ich podkład nie spisał się u mnie aż tak dobrze, jak Annabelle (wymagał u mnie dodatkowo zmatowienia, co przy Annabelle nie jest konieczne), to inne produkty świetnie się spisują! Fantastyczny tusz, który jest niesamowicie trwały i który ładnie pogrubia i podkreśla rzęsy. Fantastyczne kremowe pomadki, nawilżające błyszczyki, piękne paletki cieni oraz brązery prasowane. Lakiery, które pod względem jakości nie ustępują nawet tym z wyższej półki. Piękne kolory, świetne składy, idealnie opracowane tekstury. Marka Lily Lolo zasłużyła na miano mojej ulubionej marki w 2016. 



I na koniec wyróżnię jeszcze produkt, któremu niedawno poświęciłam osobną notkę - żel myjący do twarzy marki Biolaven. To kolejny kosmetyk, w którym odpowiada mi dosłownie wszystko! Jeśli chcielibyście się więcej o nim dowiedzieć, odsyłam Was TUTAJ

Pod względem kosmetyków 2016 rok należał do bardzo udanych. Było mało rozczarowań, za to dużo zachwytów. 
Bardzo jestem ciekawa waszych największych odkryć minionego roku - czy jesteście w stanie wybrać jeden najlepszy produkt? Dajcie znać! :) 



Denko sierpień - grudzień 2016

Szczęśliwego i zdrowego Nowego Roku, Kochani! 

Kolejny rok zaczynam od rozprawienia się ze zużyciami ostatnich czterech miesięcy. Siatka nieubłagalnie się zapełniała i pęczniała, a ja dopiero teraz znalazłam czas, aby móc sfotografować całkiem sporo kosmetycznych śmieci :)




  •  żel oczyszczający do twarzy oraz tonik (2 sztuki) marki Eucerin z serii Dermatoclean - zdecydowanie najlepsze produkty do oczyszczania twarzy z aptecznej półki, jakie miałam. I choć teraz używam chętniej produktów o naturalnych składach, to zawsze będę ten duecik miło wspominać. Łagodny skład bez alkoholu, skuteczność, brak dodatków zapachowych! 
  • pianka do oczyszczania twarzy Eubos - tą miniaturkę używałam podczas urlopu. Generalnie od pianek wolę żele, ale jeśli ktoś lubi produkty tego typu, szczerze polecam
  • płyn micelarny Rosaliac z La Roche Posay - dostałam tą miniaturkę jako gratis do zakupów. Fajny apteczny micel, który skutecznie usuwa makijaż nie podrażniając skóry. Raczej go nie kupię, bo preferuję bardziej naturalne składy ;) 
 

  • żel myjący do twarzy Biolaven - jeden z moich ulubieńców roku, o którym pisałam w poprzednim poście. Fantastyczny produkt, skuteczny i jednocześnie łagodny, z fajnym składem, niedrogi i polski. Czego chcieć więcej? :) 
  • płyn micelarny Mixa na zaczerwienienia - fantastyczny płyn, który u mnie zdetronizował nawet różową Biodermę ;) Nie mówiąc już o tym, że cenowo wypada dużo korzystniej. Mimo to raczej nieprędko kupię kolejną butelkę, gdyż znalazłam świetne micele z naturalnych półek :) 
  • dwufazowy płyn do demakijażu oczu Estelle & Thild - świetny naturalny produkt lubianej przeze mnie szwedzkiej marki. Szkoda, że marka ta nie jest dobrze znana w Polsce. A co do samego płynu to sprawdził się bardzo dobrze, nie podrażniał, skutecznie usuwał makijaż. Jedyna wada to cena... Tymczasem udało mi się znaleźć w Austrii inną naturalną dwufazę, która również rewelacyjnie działa, a kosztuje dużo mniej :) 
  • dwufazowy płyn do demakijażu oczu Sephora - zużyłam tą miniaturkę, zanim przerzuciłam się na naturalne produkty. Działanie jak najbardziej OK!
  • płyn micelarny Clochee - miniaturka 100 ml, która na tyle mi się spodobała, że dokupiłam pełnowymiarowe opakowanie :) Dobrze usuwa makijaż twarzy, oczom także krzywdy nie zrobi. Chociaż używam do oczu dwufazówki, to jednak kilka razy z ciekawości zastosowałam ten micel i wszystko było w porządku :)  





  • migdałowy krem nawilżający do mieszanej cery z Korres - o tym kremie również pisałam całkiem niedawno. Jest w mojej ścisłej czołówce najlepszych kremów, jakie stosowałam. W tej chwili z wielką przyjemnością stosuję krem polskiej marki naturalnej Clochee, ale kiedyś z pewnością jeszcze sięgnę po Korres
  • krem na noc Sephora - kupiłam go prawie rok temu, ale myslę, że lepiej sprawdzi się dla posiadaczek suchej cery. Jak dla mnie był on zbyt bogaty ;) 
  • 2 kremy z Norel - matujący oraz nawilżający przeznaczony do cery mieszanej. Niestety dwa rozczarowania, tym bardziej, że lubię tę markę. Kremy są zdecydowanie zbyt gęste, zbyt maziowate. Pozostawiają cieżką warstwę na twarzy i bielą. Nie byłam w stanie ich zużyć do końca



  • odżywka John Masters Organics do włosów brązowych - kupiłam ją z myślą o podkreśleniu, pogłębieniu brązowego koloru. Takiego efektu niestety się nie doczekałam, ale sama odżywka nadawała ładnego blasku. Nie kupię jej ponownie, bo pod względem pielęgnacyjnym bardziej odpowiada mi odżywka Citrus & Neroli Detangler tej samej marki. 
  • szampon Phytovolume marki Phyto - przyjemny szampon do cienkich włosów. Nie kupię go ponownie, gdyż teraz używam jednynie naturalnych szamponów z racji farbowania włosów całkowicie naturalną farbą
  • odżywka do cienkich włosów Biovax - bardzo fajna lekka odżywka, świetnie nadająca się do cienkich włosów. Nie wiem jednak, czy ponownie ją kupię
 

  • dwufazowy płyn do demakijażu oczu Eucerin Dermatoclean - delikatny płyn, który całkiem dobrze radził sobie z niewodoodpornym makijażem. Jak już jednak wspomniałam powyżej używam obecnie naturalnych dwufazówek, więc tego płynu raczej nie kupię ponownie
  • krem na podrażnienia La Roche Posay z serii Toleriane - lekki krem,który wycisza i łagodzi wszelkie niespodzianki na skórze. Narazie nie planuję ponownego zakupu, gdyż na szczęście moje cera nie sprawia mi problemów
  • maseczka Creme Fraiche z Nuxe - do mojej mieszanej cery była zbyt ciężka... 
  • sorbet nawilżający Vinosource marki Caudalie - fantastyczny lekki krem, już sama nie wiem, która to tubka, ale z pewnością nie ostatnia :) 
  • krem ochronny z filtrem 30 marki Lancaster - dobrze spełniał swoje zadanie, ale raczej nie kupię ponownie
  • serum naczynkowe Red Blocker - sięgałam po nie tylko czasem, dlatego nie zauważyłam żadnych efektów działania. Może, gdybym użuwała go regularnie... 
 

  • nici dentystyczne Jordan - jak dla mnie najlepsze! Cieniutkie, skuteczne, niezastąpione :) 
  • naturalna pasta do zębów Sante bez zawartości fluoru - bardzo fajna, może kupię ponownie
  • pasty do zębów Odol Med 3 - jak dla mnie najlepsze pasty z tych "nienaturalnych" ;) 


  • olejek pod prysznic Rituals of Sacura - o ile nie przepadam za piankami pod prysznic, to olejki tej marki są bardzo przyjemne. Ten pachniał poprawnie, zdecydowanie wolę wersję czerwoną
  • żel pod prysznic The Body Shop Pinita Colada - kocham wszystko, co smakuje i pachnie, jak słynny egzotyczny koktajl :) I o ile zapachy żeli TBS wspominam bardzo dobrze, to ten to jakaś porażka... Duże rozczarowanie! Śmierdzi tak wstrętnie, że nie byłam w stanie go zużyć... Bardzo niechętnie wyrzucam niezużyte kosmetyki, ale tu poprostu muszę... 
  • miodowy żel pod prysznic Nuxe - to już moja druga butelka, co oznacza, że bardzo lubię ten żel :) Jednak wysoka cena odstrasza mnie od kolejnego zakupu... Teraz używam żeli z rodziny Sylveco, które również są świetne, a kosztują dużo mniej ;)


  • żele do higieny intymnej Sylveco - moje ulubione! Zdetronizowały Lactacyd
  • żel do mycia rąk Sylveco - delikatny, łagodny dla skóry dłoni, z pewnością kupię ponownie
 



  • balsam do ciała John Masters Organics z serii Bare - fajny pielęgnujący produkt, który ma dla mnie ogromną zaletę - nie posiada zapachu :) Mam juz kolejną butelkę w użyciu
  • peeling solny Collistar Talasso Scrub - fajnie działał, ale zapach nie należał do najprzyjemniejszych ;) raczej nie powtórzę zakupu, bo znam lepsze i tańsze :) 
  • Balsam do ciała Pat & Rub Sweet - łagodny bezzapachowy balsam dziecięcy, który całkiem dobrze sobie radzi z nawilżaniem suchej dorosłej skóry. Narazie nie planuję jednak ponownego zakupu


  • balsam stopniowo samoopalający Fabulous marki Vita Liberata - niestety moje spore rozczarowanie... Wprawdzie rzeczywiście nie śmierdzi, niczym większość samoopalaczy, to na mojej skórze nie dawał właściwie żadnego efektu... Za tą cenę spodziewałam się więcej
  • olejek do opalania Lancaster - bardzo lubię produkty ochronne tej marki i w następnym sezonie prawdopodobnie powtórzę zakup
  • krem ochronny do twarzy z filtrem 50 marki Nuxe - jak dla mnie trochę zbyt tłusty, więc nie skuszę się ponownie


  • krem do rąk Bioderma Atoderm - bardzo fajnie działa na mocno przesuszoną skórę
  • miniaturka kremu do rąk Heathcote & Ivory - bardzo przyjemny kremik, który otrzymałam od Ines :) Towarzyszył mi w torebce i świetnie nawilżał skórę rąk w ciągu dnia 
  • Krem do rąk Evree Instant Help - fanie działający krem w przyjaznej cenie. Trochę mi się już zdążył znudzić, ale może kiedyś ponownie się spotkamy ;)


  • krem pod oczy austriackiej marki Novaroyal - całkiem dobrze działał, ale znam lepsze
  • krem pod oczy Hildegard Braukmann - podobnie, jak powyższy kremik - działanie OK, ale nie porwało mnie aż tak, żeby kupić ponownie
  • serum Wild Rose z Korres - bardzo fajny produkt, choć moim zdaniem trochę zbyt intensywnie pachnący, jak na kosmetyk do twarzy. W tej chwili używam serum Resibo, które odpowiada mi jeszcze bardziej, niż Korres :) 


  • peeling do dłoni P2 - przyjemniaczek, ale nie wiem, czy powtórzę zakup
  • peeling do ust Lush Bubble Gum - ciekawy gadżet, ale raczej nie kupię ponownie, bo wolę: 
  • pomadkę peelingującą Sylveco :) łatwa w użyciu, skuteczna w działaniu, tania! 


  • olejek do paznokci Dior - kupiony dawno temu, używany, ale zapomniany ;) Nie widzę sensu kupowania tak drogich gadżetów do panokci, bo moim zdaniem działają tak samo, jak te tanie
  • krem do paznokci i do skórek P2 - działał podobnie, a może i nawet lepiej niż Diorek :) Nie wiem jednak, czy kupię ponownie, bo mam inny świetny krem z Fresh & Natural


  • dezodorant Eisenberg - zużyłam go już dosyć dawno temu, ale jakimś cudem zapomniałam umieścić go we wcześniejszym denku ;) Dezodorant fantastycznie działa, ale nie powtórzę zakupu ze względu na cenę oraz ponieważ znalazłam coś jeszcze lepszego:
  • Dezodorant Farfalla - mój zdecydowany ulubieniec wśród wszystkich dezodorantów! Nieprzerwanie używam go od prawie roku :) Ma świetny naturalny skład, bez alkoholu i soli aluminium, a działa fantastycznie! Nie może go u mnie zabraknąć :) 
  • żel arnikowy Floslek - bardzo fajny chłodzący żel na stłuczenia i siniaki


  • kremowy cień do powiek Maybelline Color Tatoo - bardzo lubię te cienie. Ten trochę mi się zestarzał, dlatego żegnamy się
  • żel do brwi Gosh Defining Brow Gel - fajny, ale wolę jego młodszego brata Brow Sculpting
  • kredka woskowa do brwi Inglot - to raczej był woskowy kołek, którego nie dało się precyzyjnie używać... 
  • żel do brwi z MACa - jeden z ulubionych
  • błyszczyk do ust Chanel nr 179 - błyszczyki tej marki są moim zdaniem najlepsze na świecie :) Mam jeszcze dwa inne odcienie
  • tusz do rzęs Benefit Roller Lash - skusiłam się na mniejszą pojemność - na szczęście. Choć ładnie wygląda na rzęsach i ma fajną szczoteczkę, to u mnie niestety dosyć szybko się osypuje... 
  • baza pod makijaż Benefit Porefessional - miniaturka, po którą żadko sięgałam. Nie lubię tego typu produktów, a poza tym nie dostrzegałam żadnego efektu... 
  • baza pod cienie Anti Age z Urban Decay - bardzo dobra! W tej chwili szukam czegoś o naturalniejszym składzie
  • delikatnie koloryzująca pomadka ochronna Lierac - wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że ta pomadka niesamowicie intensywnie pachnie, co nie jest przyjemne, zwłaszcza na ustach... 


  • korektor pod oczy Inglot - bardzo delikatny produkt, którego raczej ponownie nie kupię, bo wolę korektor o naturalnym składzie z Pixie Cosmetics 
  • podkład Nude Air od Diora - najlepszy mój podkład perfumeryjny, do którego jednak nie wrócę, bo dużo bardziej odpowiadają mi minerały
  • matujący podkład mineralny Annabelle Minerals - mój ukochany kosmetyk, bez którego nie mogę się już obejść! Z pewnością pojawi się o nim osobna notka :) 
  • żel do mycia pędzli Bobbi Brown - świetny produkt, który nie tylko myje, ale i pielęgnuje włosie. Szukam jednak tańszego odpowiednika... 
  • tusz do rzęs Smashbox Indecent Exposure - ma on wiele zwolenniczek, jednak na mnie wrażenia nie zrobił... Nie dla moich prostych rzęs... 
  • brązowy tusz do rzęs Ther're Real z Benefit - tusz sam w sobie bardzo dobry, ale mnie zaczęła denerwować szczoteczka zakończoną dziwną kulką, którą cięgle drapałam sobie powieki ;) W tej chwili moim ulubionym tuszem jest maskara Lily Lolo :)

Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca i że Was nie zanudziłam ;) A jeśli zainteresował Was konkretny produkt, chętnie odpowiem na pytania :) 
 

Żel myjący do twarzy Biolaven

Oto kolejny produkt z gromadki kosmetyków pretendujących do tytułu ulubieńca roku  :) Żel myjący do twarzy Biolaven




W tej małej buteleczce znajduje się 150 ml fantastycznego żelu do mycia twarzy. Właśnie zaczynam używać drugiego opakowania i jak dotąd nie byłam w stanie dopatrzyć się w tym produkcie jakichkolwiek wad. 


Krótki, przyjazny skład, polska marka naturalna, niska cena i przede wszystkim świetne działanie! I czego chcieć więcej? 


Pomimo mieszanej cery najchętniej wybieram nawilżające produkty do oczyszczania twarzy. Mam u siebie dosyć twardą wodę, która wpływa na ściąganie i przesuszenie skóry i  dlatego staram się unikać dogłębnie oczyszczających mydeł i żeli, zawierających silne detergenty. 

Żel marki Biolaven łagodnie, ale i dokładnie oczyszcza skórę twarzy, pozostawiając ją nawilżoną i odświeżoną. 

Konsystencja żelu jest dosyć rzadka, stąd wielki plus za opakowanie z pompką! Sama buteleczka posiada śliczną i schludną szatę graficzną. Bardzo ładnie prezentuje się w łazience. 
Produkt po zmieszaniu z wodą bardzo delikatnie się pieni. Miłośnicy porządnej piany będą zawiedzeni, mnie jednak jej brak nie przeszkadza.
Warto także wspomnieć o zapachu - piękny winogronowy :) Tak bardzo mi się spodobał, że koniecznie chcę dokupić jeszcze żel do ciała z tej serii. 



Zamiast silnych substancji myjących jak SLS czy SLES zawiera w swoim składzie bardzo ładogne detergenty, które nie naruszająją warstwy lipidowej naskórka.
Olej z pestek winogron, który zawarty jest w składzie żelu, posiada bardzo wysoki poziom nienasyconych kwasów tłuszczowych, jest bogatym źródłem witaminy E, zwanej witaminą młodości. Ponadto zawiera flawonoidy, witaminy A i B6, resweratrol, minerały i lecytynę.
Olejek lawendowy posiada właściwości antyseptyczne i łagodzące. Świetnie  sprawdza się w pielęgnacji cery trądzikowej, zmniejsza łojotok, stymuluje wzrost nowych komórek, łagodzi objawy egzemy. 

Jak widać mogę pisać o tym żelu tylko w samych superlatywach. 
Wiem, że sporo z Was zna zarówno ten, jak i inne żele z rodziny Sylveco. 
Ja już wielm, że tego produktu nie może u mnie zabraknąć :)

Na powitanie - nawilżający krem doskonały - Korres Almond Blossom

Moi Kochani! 

Wracam po dłuższej przerwie do świata żywych :)
Wracam bardzo stęskniona za Wami, za blogowaniem, 
wracam z mocnym postanowieniem poprawy i nowymi pomysłami :) 

Przez ten długi czas mojej nieobecności udało mi się troche przemyśleć i nieco zmodyfikować moje kosmetyczne preferencje. 
  • Przede wszystkim systematycznie przechodzę na naturalne kosmetyki - przynajmniej tam, gdzie się da. Nie wiem, czy uda mi to w 100%, czy mogę zastąpić na przykład perfumy czy tusz do rzęs naturalnym odpowiednikiem, ale w kwestii pielęgnacji twarzy i ciała oraz makijażu coraz częściej udaje mi się znaleźć świetne naturalne alternatywy, które wyraźnie mi służą. 
  • Po drugie moim celem jest kosmetyczny minimalizm - nie potrzebuję już 15 żeli pod prysznic i 25 szminek, aby czuć się usatysfakcjonowaną. Wręcz przeciwnie - zdecydowanie więcej radości sprawia mi posiadanie kilku pewniaków, które używam i które z pewnością zużyję, zanim one zdążą się przeterminować czy zepsuć. 
  • I po trzecie - staram się oszczędnie i z głową podchodzić do zakupów kosmetycznych. Coraz częściej odkrywam naprawdę dobre i skuteczne kosmetyki, które nie kosztują fortuny. Dawniej o wiele częściej sięgałam po luksusowe marki. Dziś zdecydowanie chętniej stawiam na dobre składy. Dzięki czemu wydaję na kosmetyki dużo mniej, a z mojej obecnej pielęgnacji jestem bardzo zadowolona. 

Po tym przydługawym wstępie chciałabym pokazać Wam krem, który odkryłam kilka miesięcy temu i który być może stanie się moim ulubieńcem roku :) 


Długo szukałam lekkiego kremu na dzień, który sprawdziłby się do mojej mieszanej skóry. Na migdałowy krem Korres trafiłam zupełnie przypadkowo, przy okazji zakupu serum z dzikiej róży tejże marki. Przypomniałam sobie, że kiedyś na blogach czytałam sporo pozytywnych opinii na jego temat. Dodatkowo dobry skład i całkiem fajna cena (w Austrii kosmetyki Korres są sporo tańsze, niż w Polsce) przekonały mnie do zakupu. 


Łagodny, lekki, ale jednocześnie niezwykle skuteczny - tak mogłabym w skrócie opisać ten krem.
Krem zachwycił mnie niemalże od pierwszego użycia. 
Zgodnie z obietnicą producenta idealnie nadaje się do cery mieszanej, tłustej, a także do wrażliwej. 
Krem natychmiast się wchłania, nie pozostawia żadnej warstwy na skórze. Pomimo lekkiej puszystej tekstury  skóra jest iealnie nawilżona, odżywiona. I przede wszystkim nie świeci się! Nie jest to taki tępy mat. Skóra twarzy wygląda zdrowo i naturalnie :) 
Pomimo braku filtrów przeciwsłonecznych używam tego kremu jako pielęgnacji dziennej. Krem idealnie nadaje się pod makijaż - stosowałam pod niego płynny podkład, stosuję obecnie sypki puder mineralny i nie spotkałam się z żadnym rolowaniem czy plamami. 


Nie jest to z pewnością intensywny produkt antystarzeniowy. Jest to raczej uniwersalny krem przeznaczony do każdego wieku, który można stosować zarówno na dzień, jak i na noc. Jeśli mam ochote na mocniejszą pielęgnację anti-aging, stosuję pod ten kremik dodatkowo serum. Najczęściej jednak sięgam po ten krem solo - taka pielęgnacja dzienna bardzo dobrze służy mojej 37-letniej cerze. 


Ku mojej wielkiej krem zawiera w swoim składzie 95,7% naturalnych składników. A oto najważniejsze z nich:
  • olej i proteiny ze słodkich migdałów - odpowiedzialny za nawilżenie i odżywienie skóry, hydroregulację i łagodzenie
  • dwa rodzaje kwasu hialuronowego - małocząsteczkowy (odpowiedzialny za nawilżenie warstwy rogowej naskórka) oraz wielkocząsteczkowy (tworzy ochronny, aczkolwiek niewyczuwalny film na skórze, chroniący przed utratą wody) 
  • ekstrat z owsa szorstkiego - który nawilża, redukuje transepidermalną utratę wody 
Nie znajdziemy w nim natomiast olejów mineralnych, parafiny, silikonów, parabenów, propylenu glykolowego, PEGów, SLSów i innych wątpliwych składników. 
  
Co ciekawe krem ten dostępny jest w trzech wersjach: do cery suchej, do cery normalnej oraz moja wersja do cery tłustej i mieszanej.



Produkty marki Korres dostępne są w Polsce stacjonarnie w perfumeriach Sephora, jednak ich ceny są tam zdecydowanie zawyżone! Dlatego zdecydowanie lepiej poszperać w online sklepach, których na szczęście nie brakuje :)  

Obecnie używam już drugiego słoiczka i z pewnością chętnie będę do tego kremu wracać. Wpisuję go na moją listę pewniaków :) 

Denko kwiecień - lipiec 2016

Denko pozornie wydaje się być całkiem spore, ale myślę, że jak na 4 miesiące nie ma tego wcale aż tak wiele ;)
Dużo tu produktów, których zaczęłam używać już wcześniej, ale właśnie w ostatnich miesiącach zabrałam się za ostre denkowanie. 
A oto i rezultat:






  • Żel micelarny Sephora - kupiłam go w kwietniu będąc w Polsce, gdy potrzebowałam czegoś do zmywania makijażu w małej pojemności. Żel ten bardzo dobrze sobie radził, ale obecnie nie planuję zakupu. 
  • Płyn micelarny Red Bloker - fajny i skuteczny micel, który nie wchłania się do zera, co z pewnością spodoba się posiadaczkom suchej cery. Nie planuję ponownego zakupu, gdyż mój obecny micel bardziej mi odpowiada. 
  • Płyn micelarnyBioderma Sensibio AR - nie pamiętam, która to już zużyta przeze mnie buteleczka. Mam jeszcze jeden dwupak w zapasach, ale ponownie raczej nieprędko kupię. Mój obecny micel marki Mixa jest moim zdaniem idealny, a kosztuje mniej, niż Bioderma :) 
  • Pianka do oczyszczania twarzy Estelle & Thild - bardzo przyjemny produkt, świetny skład, skuteczność i łagodność w jednym. Ponowny zakup jest bardzo prawdopodobny, ale to będzie raczej żel, jako że konsystencja pianki trochę mi się znudziła ;) 
  • Tonik Norel z serii Sensitive - bardzo przyjemny kosmetyk, nie mam mu nic do zarzucenia, prawdopodobnie kiedyś ponownie kupię.



  • Żel pod prysznic Dresdner Essenz o zapachu kwiatu wiśni - ta miniaturka towarzyszyła mi podczas naszego urlopu w Irlandii. Przyjemne działanie, ale spodziewałam się ładniejszego zapachu. Tej wersji żelu raczej już nie kupię. 
  • Żel podprysznic Nuxe - uwielbiam za wszystko - zapach, łagodność, wydajność. Szkoda tylko, że jest dosyć drogi. Mimo to mam już kolejne opakowanie pod prysznicem :) 
  • Żel pod prysznic dla dzieci Pat&Rub - bardzo łagodny produkt, który w razie potrzeby można użyć także jako szamponu i żelu do twarzy. Kiedyś może ponowię zakup, ale teraz troche mi się znudził ;) 
  • Żel pod prysznic Palmolive Aromatherapy Relax - mój drogeryjny ulubieniec, do którego często wracam. Głównie za jego wspaniały zapach. Właściwości myjące także są bardzo dobre, dodatkowo żel nie przyczynia się do przesuszenia skóry. 
  • Żel pod prysznic The Body Shop w wersji Mohito - bardzo żałuję, że ta wersja pochodziła z limitki, bo zapach był obłędny! Cieszę się, że dzięki Ani z bloga Po tej stronie lustra miałam okazję go poznać :)



  • Żel do mycia twarzy Nuxe - łagodny żel, który przyjemnie się używało. Z drugiej strony zapach trochę zbyt mocny, jak na produkt do twarzy. Zdecydowanie wolę wersję tego żelu do ciała. 
  • Żel do mycia twarzy z peelingiem Garnier Czysta Skóra - dla mnie do codziennego użytku byłby zbyt mocny, ale z wielką przyjemnością używałam go raz w tygodniu, jako produkt peelingujący. Fantastycznie odświeża i delikatnie chłodzi skórę. Super kosmetyk w fajnej cenie! Kolejna tubka jest już u mnie.



  • Peeling do stóp Yves Rocher - fajny i wbrew pozorom bardzo wydajny peeling! Trochę mi się zmarnował, bo nie byłam w stanie go zużyć w przeciągu 6 miesięcy. 
  • Balea krem do stóp z 10% mocznikiem - pisałam o nim w ostatnim poście. Fantastyczny krem w super cenie. Nie może go u mnie zabraknąć. 
  • Bioderma krem do rąk z serii Atoderm - jak widac bardzo polubiłam ten krem i uzywam kolejnej tubki. 
  • Serum oraz krem do rąk Evree - fajne produkty, ale Bioderma spisuje się u mnie lepiej.

  • Clarins krem do twarzy z serii Multi Active - miałam wersję do cery mieszanej i bardzo byłam z niej zadowolona :) Możliwe, że kiedyś jeszcze go kupię, ale teraz mam inny tańszy krem, który jest świetny :) 
  • Serum nawilżające Princess - moio żelowej konsystencji u mnie pozostawiało taką warstewkę, której nie lubię. Z pewnością to kosmetyk idealny dla cer suchych. Moja mieszana raczej go nie polubiła. 
  • Serum Rosaliac AR - używałam miejscowo na zaczerwienienia. Fajnie koi i uspokaja skórę, a dodatku jest bardzo wydajne. Mam uz kolejne opakowanie :) 
  • Oczyszczająca maseczka do twarzy z Sephory - kosmetyk kultowy, miałam go jeszcze w starym opakowaniu. Fantastyczny zamiennik czarnej GlamGlow! Oczywiście kupię ponownie!



  • Zmywacz do paznokci Inglot - mój ulubiony, bo łagodny dla paznokci. Kupuję go niezmiennie od dwóch lat. 
  • Masa cukrowa do depilacji Sweet Skin - nie jest to produkt bezproblemowy. Stosowany zgodnie z zaleceniem producenta nie działa. Zaczęłam go używać tak, jak stosuje się wosk, czyli z paskami bawełnianymi. Ten sposób jest zdecydowanie lepszy! Niemniej jednak produkt jest bardzo mało wydajny. 
  • Zmywacz do paznokci Micro Cell - bardzo silny, choć bez dodatku acetonu, Nie kupie ponownie. 
  • Żel do mycia pędzli Bobbi Brown - przekonałam się, że taki produkt duże lepiej służy moim pędzlom, niż szampon czy mydło. Dlatego mam już kolejne opakowanie. Rewelacyjna wydajność rekompensuje wysoką cenę. 
  • Maska do włosów Collistar Magica CC - pielęgnuje włosy, nadaje delikatny odcień i ukrywa pojedyncze siwielce. Mój niezbędnik od prawie dwóch lat.



  • Kapsułki wzmacniające włosy Phyto - moim zdaniem skuteczny produkt, który warto wypróbować przy okresowym wzmorzonym wypadaniu bądź poprostu jako kuracja. 
  • Dezodorant Farfalla - mój ideał! Całkowicie naturalny, nie zawiera soli aluminium ani alkoholu! Jedyny absolutnie skuteczny naturalny dezodorant, na jaki trafiłam! A miałam juz ich dużo! Nie przestanę go używać :)



  • Pasta do zębów Blanx White Shoc - wolę chyba te klasyczne pasty marki Blanx. Ta pasta jest niesamowicie mocno pigmentowana na niebiesko. Właściwości są OK, ale bez rewelacji. Raczej nie kupię ponownie. 
  • Pasty do zębów Meridol i Himalaya Complete Care - fajne pasty, które pewnie kiedyś znowu kupię. 
  • Pasta do zębów Odol-Med 3 - kupiłam ze względu na małą pojemność idealną na urlop. I nie spodziewałam się, że tak mi się spodoba! Ta pasta fantastycznie oczyszcza zęby! Mam już pełnowymiarowe opakowanie :)



  • Tisane balsam do ust - dla mnie niezastąpiony! Nie znam niczego lepszego :) 
  • Balsam do ust Lush Honey Trap - spodziewałam się miodowego zapachu, a tymczasem czułam naftę... ;) Działanie pielęgnacyjne całkiem dobre, ale nie umywa się do Tisane :) Na pewno nie kupię ponowanie. 
  • Kredka woskowa do brwi Smashbox - fajny produkt, aczkolwiek byłam zaskoczona tym, jak szybko się skończył! Raczej nie kupię podobnie. 
  • Tusze do rzęs Dior: Diorshow Iconic, Iconic Overcurl czarny i Iconic Overcurl brązowy - uwielbiam te tusze, zwłaszcza wersję Overcurl. W chwili obecnej wróciłam do They're Real Benefitu, który przynosi podobny efekt. Chętnie kupię kiedyś ponownie Diora, kiedy pojawi się jakaś fajna promocja :) 

Cieszy mnie, że w tym denku nie pojawiły się żadne buble :) 
W ostatnim czasie wzięłam się za porządne zużywanie zapasów, przez co teraz coraz mniej kupuję:) Problem mam jedynie z kolorówką - nie jestem w stanie zużyć na przykład różu czy brązera, choć używam ich codziennie. Każde moje denko zdominowanie jest jak widać głownie przez pielęgnację. 
Dajcie znać, czy znacie coś z tej gromadki. Chętnie przeczytam Waszą opinię :)







Krem do stóp z 10% mocznikiem: Balea vs. Eucerin

Czy skuteczność i wysoka jakość musi zawsze iść w parze z wyższą ceną?
Czy kupując droższy kosmetyk mamy pewność, że będziemy zadowoleni z jego działania? Chyba każdy z nas zdążył już się przekonać, że niekoniecznie tak jest!
Na "niższych półkach" można znaleźć świetne zamienniki, czasem nawet prawdziwe perełki. 

Dlatego chciałabym częściej na moim blogu robić posty porównawcze dwóch podobnych produktów, ale z różnych cenowych półek. Rezultaty takich porównań mogą być dosyć ciekawe :) 

Dzisiaj zacznę od niepozornego produktu, jakim jest krem do stóp.
Sama przykładam ogromną wagę do działania tego rodzaju kosmetyku. Staram się dbać o skórę stóp nie tylko latem. Nie stosuję jednak nigdy żadnych pumeksów, żadnych tarek. Wystarczy mi peeling i dobry krem ;) 


Krem do stóp Balea znam i bardzo lubię. Zdążyłam już zużyć 2 tuby tego produktu, ale chciałam z ciekawości wypróbować coś nowego. A że bardzo lubię kosmetyki apteczne, wybrałam krem marki Eucerin - marki, z którą mam bardzo dobre doświadczenia. 


Zarówno Balea, jak i Eucerin posiadają w składzie 10% mocznik, i to zaraz na początku składu. W kremie Eucerin urea znajduje się zaraz po wodzie i glicerynie, natomiast w Balea mamy mocznik już na drugiej pozycji.  

Obydwa produkty mają z założenia podobnie działać: zmiękczać, pielęgnować i nawilżać skórę stóp, zmniejszać zrogowacenia, likwidować przesuszenia. Nic odkrywczego. I tu muszę podkreślić, że krem Balea radzi sobie znakomicie! Już po pierwszym użyciu widać różnicę, a po każdej kolejnej aplikacji skóra staje się znacznie bardziej miękka i wypielęgnowana. 





Krem Balea ma zdecydowanie bardziej zwartą konsystencję, niż Eucerin. Balea całkiem szybko się wchłania, pozostawia jednak taką bardzo delikatną ochronną warstewkę, która nie jest ani tłusta, ani klejąca. Spokojnie można po chwili wskoczyć w sandałki ;)
Eucerin jest lejący niczym lekkie mleczko do ciała. Wchłania się ekspresowo, ale niestety nie pozostawia uczucia nawilżonej skóry. Właściwie nie dostrzegam prawie żadnej różnicy przed i po jego zastosowaniu. Być może po dłuższym czasie pojawiłyby się jakieś efekty, ale po co czekać, skoro mogę mieć efekty od razu po użyciu innego produktu? 

Za krem Balea zapłaciłam w Austrii 1,95 Euro, natomiast krem Eucerin kupiłam w Niemczech w cenie 11 Euro. 


Wynik porównania tych dwóch produktów jest jednoznaczny - Balea zdecydowanie wygrywa pod każdym względem.
Tak jak wspomniałam na początku przykładam sporą wagę do pielęgnacji stóp, przerabiałam już dużo różnych kremów, tańszych, droższych. Krem Balea z Urea jest moim zdaniem rewelacyjny pod względem działania, a do tego kosztuje grosze. Jeśli tylko macie okazję do jego zakupu, warto się skusić!